ZAWOdyDOSTWO

Lecę! – Spadłem z tego beznadziejnie trudnego przechwytu zaraz po miejscu odpoczynkowym. Cholerny chwytowy musiał wymyślić coś tak krzywego! – Myślę.
Mija chwila i jestem już na ziemi. Profesjonalny asekurant oferuje mi pomoc przy rozwiązaniu węzła ale zdecydowanym tonem odmawiam. Walczę z zaciśniętą ósemką i w tym samym czasie spoglądam na tablicę wyników. Obecnie prowadzę. Ciągle dźwięczy mi w uszach ryk zgromadzonej publiczności i okrzyki – A muerte! Venga! Rozwiązuje węzeł i siadam na ławce.

Na scenie pojawia się kolejny zawodnik. Młody, utalentowany, wytrwale dążący do celu. Jest się czego obawiać. Miałem gorszą pozycje startową. Trochę mnie to usprawiedliwia ale i tak dobrze wiem, że jeśli ciągle jestem od niego lepszy, to nie potrwa to już długo.

Wzbierają się we mnie emocje. Tak bardzo, każdą częścią mojego ciała pragnę tego zwycięstwa.

Patrzę  jak mój rywal pewnie, z dużym zapasem sił pokonuje kolejne dalekie i trudne przechwyty. Jest coraz wyżej. Jak maszyna brnie do przodu. Jego dłonie z niebywałą swobodą lepią się do wszystkich malutkich chwytów. Punktowe reflektory tańczą w rytm jego ruchów. Wydaje się jakby wspinanie w ogóle nie sprawiało mu trudności. Odpoczywa w miejscu gdzie ja prawie spadłem, idzie dalej, wpina linę do kolejnego ekspresa.

Czy to możliwe, że ten małolat tak szybko upora się z tą drogą. Czy to właśnie teraz odbierze mi zaszczyt bycia pierwszym, najlepszym, jedynym? Może jakiś przypadek sprawi, że wygram. Może jeszcze przez chwilę będę królem.
Zrobiłem wszystko co w mojej mocy, teraz pozostaje obserwacja  i nadzieja na jakieś potknięcie. Tak dobrze wiem, że tylko kwestią czasu jest jego wzbicie się na wyżyny.

Jest tuż przed najtrudniejszym miejscem. Razem z sędzią głównym wytężamy wzrok. Publiczność wstaje z miejsc i wiwatuje. Dla niepoznaki krzyczę dość donośnie – Dajesz! – Chłopak walczy jeszcze przez chwilę w trudnościach i spada.

Uff! – Odsapnąłem. Cóż za ulga. Wycieram spocone dłonie o przetarte spodnie. Jakiś wewnętrzny głos szepcze mi do ucha – Wygrywasz!

Podchodzi do mnie sędzia i klepiąc po ramieniu mówi – Teraz twoja kolej! – Jak to? Mogę próbować znowu. Przecież nie takie są zasady. – Pytam i rozglądam się dokoła.

Widzę jak młody zawodnik ląduje zawiedziony na kamieniu. Publiczność dość szybko się rozeszła. Ktoś je kanapkę, inny bawi się z psem. Kilka osób wspina się po swoich projektach, mówią po Hiszpańsku. Zniknęły reflektory. Na horyzoncie widać tylko promienie zachodzącego czerwonego słońca. Asekurant zwija linę i wydaje się nadzwyczaj mi znajomy. Tablica z wynikami rozmywa się na tle ośnieżonych szczytów. Nie ma też chwytowego, tylko natura od milionów lat rzeźbiąca skałę…

Zastanawiam się chwilę, czy aby dobrze wiem gdzie jestem i co tak właściwie tutaj robię. Odwracam głowę w kierunku, stojącego obok od dłuższej chwili kolegi. Zmuszam się do delikatnego uśmiechu i mruczę pod nosem. – Jutro spróbuję .

Jutro koniec zawodów, młody wraca do szkoły.