Wspomnienia z Azerbejdżanu

Widok na miejsce odbywania się zawodów. (fot. Piotr Bunsch)

Jakiś czas temu pojawiła się możliwość wyjazdu na zawody Pucharu Świata w Baku. Pojawiła się to złe określenie. Prawda jest taka, że aby spróbować swoich sił w Pucharze Świata takim jak ten, wystarczy chcieć i mieć trochę pieniędzy. Często zawody to niemała wycieczka, również kosztowna, a chętnych w naszym kraju nie ma zbyt wielu.

Nad wyjazdem do Baku chwilę się zastanawiałem. Nie byłem pewien, czy nie lepiej dłużej potrenować i w lepszej formie wybrać się dopiero do Szwajcarii. Zawody miały być słabo obstawione, co dodatkowo kusiło. Szanse na dostanie się do półfinału i zabawę w dwóch rundach były na pewno większe niż na jakiejkolwiek innej europejskiej edycji. Również dość kuszącym faktem było miejsce odbywania się zawodów. Mało profesjonalne podejście. Dla poważnego zawodnika znaczenie powinny mieć jedynie czynniki związane z samymi zwodami. Mi na pewno brakuje trochę do bycia profesjonalnym – szczególnie mocy i zapasu :)

Azerbejdżan – brzmi naprawdę egzotycznie i skusiło już na pewno niejednego podróżnika, a i pewnie sportowca. Po tygodniu spędzonym w tym kraju okazało się, że nie do końca nazwa mówi nam wiele na temat tego miejsca.

 

Stadion narodowy w budowie (fot. Google)

Wizualizacja nowego Baku (fot. Google)

Stolica – Baku gości ostatnio wiele sportowych imprez wysokiej rangi. Przygotowują się do organizacji pierwszej Europejskiej Olimpiady w 2015 roku. Wielki stadion na 70 tysięcy osób jest w zaawansowanym stadium budowy. Choć nie wygląda, jakby miał być skończony za niecały rok. Azerowie zarabiają naprawdę bardzo dużo pieniędzy na ropie naftowej. Złoża w Morzu Kaspijskim są uważane za jedne z największych na świecie. Władze mają świetne pomysły na to, jak wydawać pieniądze i czym można by pochwalić się światu. W 2015 roku ma ruszyć budowa kompleksu wysp zasypanych drapaczami chmur, jeden przewyższający Burdż Dubajj o 50 metrów. Budżet to jedyne 100 miliardów dolarów.

Ścianki wspinaczkowe na Puchar Świata zostały rozłożone w okolicy jednej z największych flag na świecie. Płótno mierzy 70 metrów i jest naprawdę ogromne. Kogo by nie zapytać odpowie, że ich flaga jest największa i najwyżej zawieszona na świecie. Googlując okazuje się, że wcale tak nie jest. Piszę jak wyglądał wyjazd na ten Puchar z mojego punktu widzenia. Nie jest to więc żadna relacja, ale może coś ciekawego uda mi się światu przekazać.

Miłość w Budapeszcie (fot. Piotr Bunsch)

Zaczęło się w Budapeszcie. Lepiej niż dla wielu, którzy przyjechali na te zawody prosto z Chin. Tani lot WizzAir (bilety z wyprzedzeniem można kupić za 100 euro) i już po trzech godzinach lotu jesteś na miejscu – wcale nie tak daleko. Tyle samo leci się do Hiszpanii. W Azerbejdżanie przestawiamy zegar o trzy godziny do przodu. Wyleciałem wcale nie za późno, a dotarłem w środku nocy. Zmuszony względami finansowymi skorzystałem z opcji CouchSurfingu. Moim ‚hostem’ był bardzo miły chłopak z Rosji. Warunki może nawet lepsze niż w oficjalnym hotelu. Dostałem swój pokój, do dyspozycji kuchnia, salon, telefon komórkowy z internetem. Nie ukrywam miałem trochę szczęścia. Działa to na prostej zasadzie. Planując podróż odzywasz się przez platformę internetową do ludzi z docelowego miasta i liczysz na to, że ktoś cię przyjmie. Mi się udało. Do zawodów miałem całe trzy dni i wykorzystałem je na poznawanie miasta.

Flame Tower (fot. Piotr Bunsch)

W mieście nie ma zbyt wiele miejsc do zobaczenia. Można zrobić trzy spacery. Po bulwarze, starym mieście i nowszej części z deptakami. Bulwar przyjemny, dużo zieleni, krzaczki importowane z innych krajów i często podlewana zielona trawa, wyglądająca na sztuczną. Dobre miejsce na jogging i randki. Mimo że Azerbejdżan jest krajem muzułmańskim w mieście widać dużo kobiet i jest też wiele par. Są jednak one w subtelny sposób poukrywane. Jednym z takich miejsc są właśnie zielone zaułki na bulwarze. Męsko – damskie pary można też spotkać w zaparkowanych samochodach. Azerowie więc z kobietami głównie spotykają się na spacerach, w samochodach i pewnie gdzieś za murami swoich domów. Na głównym miejskim deptaku można spotkać kobiety. Więcej jest jednak przytulających się męskich par. Przytulających w bardzo przyjacielski sposób. W barach i restauracjach również jest zdecydowanie więcej mężczyzn. Z tego powodu popularne jest wśród przyjezdnych określenie ‚sousage party’, określające grupę facetów siedzących przy barze. Mimo że ulice wieczorami tętnią życiem i wydawałoby się, że na mieście dużo się dzieje, oprócz barów z alkoholem i uciechami za pieniądze ciężko znaleźć miejsce do dobrej zabawy. Kluby, w których są dziewczyny, i można potańczyć, są uważane za ekskluzywne i są bardzo drogie. Azerbejdżan jest wśród muzułmańskich krajów najbardziej liberalny. Ludzie chodzą normalnie ubrani, spotyka się kobiety, można pić alkohol, udzielać się kulturalnie. W Baku są kina i teatry, w których Julię w Szekspirze gra mężczyzna.

Uliczki starego miasta (fot. Piotr Bunsch)

Stare miasto, gdy podążamy wzdłuż wyznaczonej ścieżki, wygląda bardzo przyjemnie. Jest kilka miłych miejsc. Można dobrze zjeść i napić się herbaty. Z kawą jest ciężko, najtańszą można kupić w McDonaldzie. Zagubić się we wnętrzu starówki się nie da. Ulice są rozkopane, trochę brzydko pachnie, a co druga uliczka jest ślepa. Dużo więcej do oglądania nie ma. Można posiedzieć w parku, wejść na wzgórze z sztandarowymi budynkami miasta w kształcie płomieni ognia (Flame Tower). Turystów zabierają również do muzeum prezydenta i najważniejszej postaci Azerbejdżanu Heydara Aliyeva. Ostatniego dnia trochę przez przypadek wylądowałem też na ostatnim piętrze Hiltona w obracającej się o 360 stopni restauracji, jak się okazało tylko podłoga się obraca. Oczywiście w Baku można robić zakupy. Deptaki nowej części miasta są wypełnione markowymi sklepami.

Oficjalny autobus IFSC (fot. Piotr Bunsch)

Cała ekipa Pucharu dała się wozić przez organizatorów autobusami oblepionymi oficjalnymi napisami. Jak się potem okazało, zostali dość sprytnie za te usługi skasowani. Do obiecanej ceny hotelu Azerowie doliczyli sobie 30 euro dziennie właśnie na pokrycie kosztów organizacji. Nikt nie uważał, że należy o tym wspomnieć przy rejestracji bądź jakimś oficjalnym ogłoszeniem. W poniedziałek rano, gdy wszyscy opuszczali hotel niejeden team menager wykłócał się o pierwotną cenę. Dziwne, bo podobno tylko dwie osoby nie zapłaciły nadwyżki, serdecznie dziękując i zostawiając wyliczone pieniądze na recepcji. Mi udało się uniknąć niepotrzebnych opłat. Z oficjalnego autobusu skorzystałem tylko podczas oficjalnego zwiedzania miasta dla zawodników. Korzystałem z przyjemnych malutkich autobusików jeżdżących po ulicach miasta. Za każdą podróż płaci się 20 kopijek przy wysiadaniu. Jak w polskich busach. Ciekawe, bo ludzie są w tej materii bardzo uczciwi, zawsze płacą, nawet ludzie wychodzący tylnym wyjściem zmierzają do kierowcy, a mogliby spokojnie odejść i nikt by się nie zorientował.

Piątkowe zwiedzanie (fot. Marcin Dzieński)

Piątkowa wycieczka dla zawodników, zafundowana przez organizatorów była bardzo kuszącą propozycją. Wielu zawodników wstało rano, by około dziesiątej ruszyć wspólnie na podbój miasta, który i tak mieli w planie. Po kilku godzinach spędzonych w muzeum poświęconym prezydentowi Azerbejdżanu, zmęczeni zawodnicy zrozumieli, że na więcej atrakcji liczyć nie mogą. Nasz przewodnik po zwiedzeniu dwóch poziomów muzeum powiedział, że zostało nam już tylko siedem i powinniśmy się wyrobić na technical meeting (zaplanowany na siedemnastą). Wszyscy pomyśleli, że to żart i tak wlekli się mozolnie korytarzami oglądając może i nawet ciekawe eksponaty, ale na pewno nie na tyle, żeby dzień przed zawodami skupiać na nich swoją całą uwagę. W muzeum było wręcz komicznie. 60- osobowa ekipa wspinaczy co chwila rozłaziła się na wszystkie strony, aby zaraz upomniana przez ochronę zbić się z powrotem do kupy. Przewodnik bardzo dużo mówił, jednak słabo go było słychać, a i tak mało kto miał na to ochotę. Zmęczeni i znudzeni co chwilę siadaliśmy na czym się dało. Jednak ochrona była czujna i wszystkim zwracała uwagę. Do przednika jakby nie dochodziła myśl, że trochę przesadzają i na siłę chcą nam pokazać wszystkie muzealne zasoby. Przecież są one tak ważne dla kultury Azerbejdżanu. Dopiero gdy na czwartym piętrze wprowadzili nas na wystawę oręża austriackiej armii i praktycznie wszyscy przestali udawać, że ich to choć trochę interesuje, po krótkiej naradzie szefostwo zadecydowało przerwać zwiedzanie i odwieźć nas do hotelu.

Klimaty starego miasta (fot. Piotr Bunsch)

Mogłoby się wydawać, że w tak bogatym kraju, a przynajmniej mieście, w którym ludzie się wspinają, jest jakaś piękna, zadbana i zbudowana za wielkie pieniądze ścianka wspinaczkowa. Ścianka jest, ale wygląda to trochę jak u nas w kraju 15 lat temu. Panele pozbijane w chałupniczy sposób, pomalowane śliską farbą i chwyty, które przyjechały z Niemiec, bo tam nikt już takich nie chciał używać. Da się poruszać, a miejsce ma potencjał. Tak naprawdę nie ma się czemu dziwić, bo wspinaczką zajmują się tam dopiero od trzech lat i za bardzo nikt nie wie, jak to wszystko powinno wyglądać. Delegaci IFSC dużo narzekali na organizację zawodów, moim zdaniem to i tak cud, że ci ludzie na tyle dobrze ogarnęli temat, żeby zawody mogły się odbyć.

Pierwszy poważny problem mieli routesetterzy, którzy otwierając pudła z nowiutkimi chwytami musieli odłożyć prawie wszystkie na bok, bo były tak duże. Temat udało się opanować i za parę dni dojechały chwyty ze wszystkich stron świata, przywożone przez sędziów i znajomych. Nauczony doświadczeniem Godoff miał też ze sobą kilka plastikowych kamyczków, które podobno uratowały całą sytuacje. Gdy z 3-dniowym opóźnieniem zbudowano materac, chłopaki przystąpili do dzieła.

Arena zawodów w pełnym słońcu (fot. Marcin Dzieński)

Drugim ewidentnym błędem był projekt zadaszenia ściany. Na szczęście w Baku zbyt często nie pada. Wielka połać dachu nie miała szans utrzymać się na pojedynczych rurkach i już zaraz po tym jak została zamontowana, wygięła całą konstrukcję i odleciała. „Jest problem? Niet problema!” – tego zdania po rosyjsku używała cała ekipa organizacyjna i mało kto się tym przejmował. Gdy tylko coś było potrzebne od razu zostało załatwione, tylko trzeba było poczekać na efekt trochę dłużej niż mogłoby się wydawać.

Dobrze mieć kolegów routesetterów, bo zawsze można trochę więcej się powspinać po pucharowych przystawkach. Po moim dość marnym starcie w rundzie eliminacyjnej, żeby lepiej skorzystać, umówiłem się na próbowanie balderów półfinałowych. Gdy wieczorem wróciłem na arenę zawodów zrozumiałem, dlaczego chłopaki tak narzekają na warunki pracy. W ciągu dnia nieustanny wiatr w połączeniu z ciepłym słońcem był do wytrzymania. Wieczorem zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Wielki szacunek dla ‚krętaczy’, że przetrwali cały tydzień na tej scenie.

Moje wstawki w problemy mało interesujące. Liczyłem na przyjemny wieczór z widokiem na miasto, a przyjemnie nie było. Pomogłem trochę dopasować stopnie i niektóre chwyty i na tym się skończyło. Raczej dostając się do półfinału nie powalczyłbym zbytnio. Chyba, że startowałbym z dziewczętami.

Tradycyjne tańce (fot. climbingworlcup.fairex.az)

Gdzieś w międzyczasie odbyło się oficjalne otwarcie zwodów. Podobno w zeszłym roku swoim jachtem podpłyną pod arenę prezydent. W tym roku oficjalnych gości było mniej. Dobrze, bo przynajmniej wpuszczali na trybuny zwykłych obywateli, którzy w zeszłym roku byli podobno ze względów bezpieczeństwa odpędzani. Kilka przemówień, zawodnicy z flagami, niezliczona ilość kamer azerskiej telewizji i przepiękne występy zespołów tanecznych, męskich oczywiście.

Prezes Azerskiego PZA i tuzin mikrofonów (fot. climbingworlcup.fairex.az)

Całą niedziele spędziłem oglądając zmagania kolegów i koleżanek. Dobrze, że miałem kapelusz i okulary, bo łatwo było nabawić się jakiegoś udaru. Półfinały się odbyły, finały też się odbyły. Teraz nie wspominam tego wydarzenia jakoś wybitnie, może dlatego, że w Grindelwaldzie i Innsbrucku naprawdę dobrze się bawiłem. Nie chcę też zbytnio się rozpisywać. Ciekawsze od wszystkiego było zakończenie, znów pełne kulturowych ciekawostek. Znów, jak podczas otwarcia, kilka przydługawych przemówień, ceremonia wręczenia nagród, jeszcze więcej kamer i dziennikarzy, a na koniec występ artystyczny. Tym razem kobieta śpiewająca jakieś operowe arie o miłości do kraju.

Zawodnicy zmierzają na bal (fot. Marcin Dzieński)

Zawodnicy zaraz po pierwszym kawałku ulotnili się w stronę autobusu. Obiecany mieliśmy pożegnalny obiad i imprezę. Nie jednemu marzył się postój w hotelu, szczególnie tym startującym w finale. Nie zostało to jednak przewidziane. Nikt nie pomyślał też o tym, że wspinacze nie będą chcieli słuchać półgodzinnego koncertu operowego po zawodach. I tak czekaliśmy zmęczeni, głodni i spoceni w autobusie, aż w końcu ruszy. Po godzinie ruszył i zawieźli całą ferajnę pod miasto do miejsca o zagadkowej nazwie „ROMANTIC PALACE 2″. Dwójka dlatego, że obok stała jedynka. Miejsce jak z baśni, a przynajmniej bardzo wystawnego balu. Sala na trzysta osób wypełniła się zawodnikami i liczną gromadą Azerów. W koło znów pełno kamer (ciekawe, co stało się z tym całym materiałem). Zasiedliśmy przy wielkich okrągłych stołach. Przy każdym z nich stał kelner i obsługiwał trochę zagubionych w takiej sytuacji wspinaczy. Nie można było samemu nakładać sobie przygotowanych przystawek, bo zaraz podlatywał gość i dość brutalnie zaczynał pomagać. Co chwila na sale wjeżdżały coraz to nowe dania. Wszyscy najedli się samymi przystawkami, co mocno zdziwiło obsługę, która patrzyła na nas jak na dziwaków odmawiających tak wytwornych potraw, a i tak ciężko było odmawiać, bo jedzenie sami pakowali na talerze. Szklanki i kieliszki były na bieżąco dopełniane. Mi kelner nawet zrobił drinka z trzech rodzajów win, najpierw białego, potem różowego, a na koniec zaczął dolewać czerwone. Dlaczego nie? W końcu wino to wino. Niby wystawny obiad, wszystko ładne, w europejskim stylu, ale nikt nie czuł się tam zbyt komfortowo.

Sala balowa (fot. Marcin Dzieński)

Organizator szybko zareagował na taki odzew klienteli i zaczął pchać imprezę ku końcowi. Tak to przynajmniej z mojego punktu widzenia wyglądało. Spędziliśmy w murach romantycznego pałacu może w sumie dwie godziny. Nie jestem przyzwyczajony do tak szybko rozwijających się imprez. Jeszcze w trakcie obiadu puszczona została głośna muzyka disco. Po krótkich namowach wodzireja kilka osób weszło na parkiet i zaczęło tańczyć. Mało kto z nas tak naprawdę miał w tym momencie na tańce ochotę. Azerowie przekonani, że to jest moment na zabawę, dołączali do tańczących. W końcu wszyscy przyszli tutaj dobrze się bawić po zawodach, więc na co czekać? Klimat jednak znów mało znany, bo faceci zamiast prosić kobiety do tańca albo wywijali się jak w pasodoble albo tańczyli w parach z innymi facetami. Muzyka, z disco płynnie przeszła w regionalne hity, zawodnicy uciekli z parkietu i wszyscy zaczęli zastanawiać się co będzie dalej. Ewidentnie narzucone zostało zbyt szybkie tempo działania i takich czy innych powodów większość po dokończeniu jedzenia powili zaczęła wychodzić. Przyjechaliśmy jednym transportem, musieliśmy też razem wrócić, więc nawet ci, którzy mieli ochotę pobawić się chwilę dłużej, byli zmuszeni do powrotu.

Kilka zdjęć na koniec:

Azerski kotek. Praktycznie jedyne zwierzęta jakie można spotkać na ulicy. Bardzo wygłodzone. (fot. Piotr Bunsch)

Kupując dywany i inne wartościowe pamiątki trzeba uważać, bo często na granicy nie wypuszczają zabytkowych przedmiotów bez odpowiedniego certyfikatu wydanego przez ministerstwo kultury. (fot. Piotr Bunsch)

Typowy mięsny jeż (fot. Emin)

Ostatnie spotkanie z wszechobecnym prezydentem (fot. Piotr Bunsch)


Sajuzowo

Fot. Marcin Śruba Ciepielewski

Na Mr.Hyde było bardzo ciekawie. Po pierwszej wstawce nie byłem w stanie zrobić trzech miejsc na drodze. Podobnie było przez kilka następnych prób. Aż pewnego dnia idąc powiesić linę pod zdjęcia zrobiłem pierwszy boulder i poczułem, że nareszcie w miarę trzymam chwytów w drugim i trzecim trudnym miejscu. Następnego dnia, po kolejnej wstawce, już wiedziałem, że droga jest w moim zasięgu. Jakiś młody i silny Amerykanin zrobił Mr. Hyda przede mną  i to, mimo obolałej skóry i braku świeżości, zmotywowało mnie do naprawdę dobrej ostatniej wstawki dnia. Która zaowocowała sukcesem. Przez klimat miejsca, jego sławę, przez piękno samej linii i przechwytów, wysoką cyferkę, a przede wszystkim przez uczucia towarzyszące samemu prowadzeniu, uważam tą wspinaczkę, za najlepsze skalne doznanie w życiu. Każdemu kto jest zmotywowany do wspinania na granicy swoich możliwości życzę tego rodzaju przejść. Czasem robi się trudne drogi z wypracowanym zapasem. Jednak nic nie cieszy tak jak zrobienie drogi na totalnych ‘limesach’. Z długiej listy czynników, które muszą się zgrać przy wspinaczce RP udało mi się uruchomić tego wieczora chyba większość. Jedyną, rzeczą, która trochę mnie rozkojarzyła był mój własny krzyk, wydany podczas wykonywania jednego z trudniejszych przechwytów pod koniec drogi. Wszystkim wydawało się, że krzyczę bo spadłem – bo zazwyczaj wtedy właśnie krzyczę.

 

Fot. Marcin Śruba Ciepielewski

Ceuse każdego wspinacza może wiele nauczyć. Zaczynając od samego podejścia, które dla niektórych jest zbyt długie. Dziwne, bo wspinaczka to sport wymagający dobrej kondycji fizycznej. Dla mnie po trzech tygodniach podejście stało się przyjemną rutyną, a wieczorne powroty spacerem schładzającym organizm przed spoczynkiem. Warte jest to poświęcenie otaczającej nas scenerii i temperaturom pozwalającym trzymać chwytów, i tak czasem za wysokich.
Wspinaczkowo, mur uczy pokory. Palce trzeba mieć silne i na pewno nie rzucać się od razu na swoje wymarzone projekty. Nie jednego mocarza widziałem siłującego się od razu z ósemkami. Tutaj trzeba powoli. Jeżeli brakuje ci w palcach najszybciej formę złapiesz na średnio trudnych drogach, które i tak są bardzo wymagające. Mur zweryfikuje również Twoje możliwości OnSight-owe! Drogi na Berlinie zacierają różnice między silnymi i słabymi, bo obydwoje muszą się sporo napocić aby wpiąć się do łańcucha.

Ja tak po kolei zrobiłem ósemkową formę w Ceuse:

- 8a Petit Tom
- 8a L’ami cacuanet
- 8a La couleur du vent
- 8c+ Mr. Hyde
- 8a Keket Direct
- 8a+ Dolce Vita
- 8b+ Slow Food
- 7c+ Rododendron
- 8c Dures Limites
- 8a Mometie de Singe

Próbując w międzyczasie i wzmacniając się na:

Welcom to Tighuana     8c        Fot. Szymon „Dziuka” Dziukiewicz

- 8c Cronique – Najbrzydsze 8c w Ceuse, na 7 metrach trzy wykute i betonowe chwyty!
- 8b Le chirurgien du crepuscule     - uff… mam po co wracać. Dures Limit łatwiejsze!
- 8c Bach..bach… – może jak by nie wymyślili obejścia trudności przeżył bym to niebezpieczne haczenie pięty.
- 8c+ Biografia – Kiedyś wrócę i zrobię. Na razie poza zasięgiem, bo nie na każdej dziurce da się zapiąć. Nie polecam wstawiać się jak jest za ciepło.
- 9a Three degrees of separation – Bańka nie wydawała się tak długa z dołu. Nie mówiąc już o tym, że chwyt z którego trzeba zadać jest bardzo niewygodny, a stopni brak!
- 8c Le part du diable – bardzo przyjemne 8a+, które przeradza się w boulder za 8a+, z jednym chwytem zbyt małym, żebym wyobraził sobie jego przytrzymanie.

Las Fallas

Co roku w marcu cała Walencja przemienia się w osobliwy park rozrywki. Mojemu przyjacielowi przyszło kiedyś pracować przy organizacji jednego z licznych eventów towarzyszących. Był odpowiedzialny za postawienie dwóch dmuchanych konstrukcji dla dzieci. Jednej zjeżdżalni i zamku do skakania. Przyszedł rano na miejsce wydarzenia, wszystko przygotował i przez cały dzień bez większych problemów opiekował się uradowanymi dzieciakami. Wieczorem, gdy całodniowa praca zbliżała się do końca zamek razem z wielką zjeżdżalnią oba pełne dzieci zaczęły tracić powietrze z powodu braku prądu potrzebnego do napędzenia dmuchawy. Spowodowało to niemałą panikę. Prąd jednak po pewnym czasie zaczął płynąć, kolega postawił na nowo dmuchane konstrukcje, jakoś wytłumaczył się licznie zgromadzonym i lekko podenerwowanym rodzicom oraz szefowi całego przedsięwzięcia i wrócił do pracy. Po chwili znów to samo. Prąd zniknął, powróciła panika, a razem z nią więcej poirytowanych rodziców i gapiów. Prezes znów przyszedł, narzekając, że tak być nie może, że trzeba coś z tym zrobić. Sugerując oczywiście, że to dmuchany sprzęt jest nieudolny. Kolega zaczął sprawdzać instalacje i tak idąc tropem kabla swojej instalacji, dotarł do skrzynki zaopatrującej w prąd cała imprezę. Tu wszystko wyglądało dobrze. Podążając dalej dotarł do słupa od sygnalizacji świetlnej, do której w sposób podobno dość bardzo prowizoryczny podłączona została cała impreza. Najwyraźniej organizator chciał oszczędzić w tym temacie, obciążyć sieć miejską i przeznaczyć pieniądze na inne cele. Między innymi na wynajęcie wielkich dmuchanych konstrukcji. Nie przewidział jednak, że natężenie prądu w semaforach nie udźwignie tak dużego zapotrzebowania. Ciekawe jest, że to podobno szef  tego całego przedsięwzięcia, który miał do mojego przyjaciela niemałe pretensje zmontował własnoręcznie to krętackie podpięcie.

W mieście na pewno dzieje się jeszcze wiele rzeczy w podobnym stylu. Czasu na szukanie rozwiązań organizatorzy mają wiele. Już na tydzień przed oficjalnym rozpoczęciem w mieście zaczyna się coś dziać. Każdego dnia zamykają coraz więcej ulic, stawiają namioty, liczne budki z jedzeniem i napojami. Popularne bardzo są tutejsze pączki w kształcie wyciśniętych gwiazdek (Churros), albo ‘kupy’ (Buńuelos) wrzucane do głębokiego oleju i podawane ze słodkim dodatkiem czekolady, kremu lub cukru. Tak jakby same w sobie nie były wystarczająco słodkie.

Główna idea jest następująca. Każda ulica, bądź dzielnica w Walencji przygotowuje na swoim terenie małą imprezkę, która toczy się wokół najważniejszej części święta, jaką są przyjmujące różną formę i kształty, rozsiane po mieście kolorowe posągi. Tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Jakość i wielkość tych posągów zależy od zaangażowania mieszkańców danej dzielnicy w ich produkcje, głównie jednak chyba finansowego. Rzeźby jakie tworzą niektórzy są naprawdę imponujące, wielkie i kolorowe. Każda jest tworzona z jakimś pomysłem. Często nawiązującym do tego co dzieje się w kraju i na świecie, do bajek, filmów, artystów czy po prostu życia codziennego.

Typowa Falla składa się z posągu głównego i towarzyszącym jej mniejszym. Ludzie przez cały czas spacerują ulicami oglądając te, jak by nie było dzieła sztuki. Wiele z nich jest ogrodzonych, a żeby wejść i móc pooglądać z bliska trzeba nieraz zapłacić pare euro. Po mieście oprócz turystów i mieszkańców włóczą się także liczne grupy oceniające prace i głosujące. Dużą motywacją, do ich tworzenia jest niewątpliwie prestiż jaki daje zdobycie jakiejkolwiek nagrody w konkursie na najładniejszą statuetkę. W tym roku wygrał Convent Jeruzalem (poniżej po lewej), jeden z faworytów. Mi najbardziej podobała się Falla Jordana (poniżej po prawej) w formie ogromnego konia Trojańskiego. Tradycja zrodziła się gdy ludzie zaczęli budować i później palić posągi z niepotrzebnych im już materiałów, witając w ten sposób wiosnę. Obecnie cała impreza przyjmuje mocno komercyjny wymiar.

       

Oprócz Fallas ważne jest też to co dzieje się wokół. Widać, czy mieszkańcy hojnie obdarowali komitety organizacyjne, na przykład po tym ile dmuchanych zamków stoi w pobliżu. Same rzeźby są przygotowywane przez cały rok, a stoi ich w mieście zazwyczaj ponad dwieście.

       

Pierwszym akcentem rozpoczynającym oficjalne celebracje jest Mascleta w centrum miasta. Zostaje ona powtarzana codziennie o tej samej porze przez około tygodnia. Zapraszane są na nią ważne osobistości i jest transmitowana przez telewizje na żywo. Dzieje się tak naprawdę nie wiele. W centrum miasta zbiera się chmara ludzi i na znak, jakiejś ważnej persony odpalają 10 minutowy pokaz pirotechniczny w którym chodzi tylko i wyłącznie o decybele. Okna drżą, psy chowają się po kątach, a ludzie z Walencji cieszą się jak dzieci. Nie zamierzałem iść na miejsce tego wydarzenia ale ktoś mnie namówił i musze przyznać, że też cieszyłem się jak dziecko. W telewizji wydaje się, że odpalają serie piratów, dziesięć minut i koniec. Będąc jednak na miejscu można poczuć ogromną siłę wybuchów. Ciekawe doświadczenie. Tylko nie wiem do końca czemu robią to przez tydzień, codziennie. Zdecydowanie lepsze są pokazy prawdziwych ogni sztucznych nad jednym z parków.

Przez trzy noce z rzędu można podziwiać ognie sztuczne jak na krakowskich wiankach, a dnia czwartego strzelają tak długo i intensywnie, że czasem człowiek ziewa ale zdecydowanie częściej patrzy w niebo z niedowierzaniem, uśmiechnięty, w sumie nie wiadomo dlaczego, od ucha do ucha. Oba hałaśliwe i świetlane ognie sztuczne organizowane są też przez  każdą z ulic i oczywiście przez każdego przebywającego w tym czasie w mieście. Petardy można kupić na każdym kroku. Bawią się nimi zarówno pięciolatkowie jak i dziadki. Jest się więc czego bać! My z naszym psem musieliśmy jeździć załatwiać potrzeby poza miasto, bo tak się biedna suczka bała.

Dni wolnych od pracy jest aż cztery. Porządny długi weekend, którego wiele lokalsów nienawidzi. Mówią, że za dużo ludzi, że przeszkadza im totalny paraliż centrum, permanentny hałas i śmieci na ulicy. Trochę mnie to dziwi, bo potem sami łączą się z tłumem, ledwo mieszczą na za ciasnych ulicach, robią straszny hałas i zaśmiecają swoje własne miasto. Służby porządkowe mają bardzo dużo pracy. Rano to jedyny czas kiedy w miarę spokojnie można połazić po mieście i pooglądać wszystkie posągi. Jedyny minus taki, że ulice trochę śmierdzą po nocnych licznych imprezach. Wszystko odbywa się oczywiście na świeżym powietrzu. Czemu nie? W końcu Las Fallas to też pożegnanie zimy i na zewnątrz jest już całkiem przyjemnie.

FalleraCała impreza kończy się niespodziewanie szybko i dość smutno. We wtorek wieczorem pod pilnym okiem licznie przybyłej, chyba z całego regionu straży pożarnej wszystkie przepiękne drewniano-styropianowe konstrukcje, przy akompaniamencie jeszcze większej ilości petard zostają spalone. Przy każdej z konstrukcji stoi jej królowa (La fallera). Płacząc, patrzy na swoje ‚dziecko’ którym zajmowała się przez niemal cały rok.Strażacy pilnujący płomieni

Tak przez parę godzin całe miasto płonie, ludzie dość szybko rozchodzą się do domów, dość już zmęczeni parodniowym imprezowaniem i do akcji wkraczają wcześniej dobrze przygotowani ludzie od sprzątania. Popiołu jest do zamiecenia bardzo pokaźna ilość. Nie mówiąc już o śmieciach, które ludzie pozostawiają na ulicach. W środę rano miasto jak gdyby już zapomina o tym co działo się przez cały poprzedni tydzień.

Połowa marca to przy okazji bardzo dobry okres na odwiedzenie okolicznych rejonów wspinaczkowych =)
Jeszcze kilka ładnych zdjęć:

 

 

 

Zagadka wspinaczkowa?!

5 ludzi różnych narodowości wspina się w 5 miejscach o 5 różnych nazwach. Wszyscy używają butów 5 różnych marek i lubią 5 różnych rodzajów wspinania. Każdy inaczej traktuje styl OS i tylko jeden nie oszukuje. Który z nich wspina się prawdziwym OS?

1.     Norweg wspina się w pierwszym rejonie.

2.     Anglik wspina się w Flatanger.

3.     Frankenjura znajduje się bezpośrednio po lewej stronie Pochylca.

4.     Francuz wspina się w Scarpach.

5.     Wspinacz lubiący kaloryfery wspina się obok wspinacza lubiącego mieć poznaczone chwyty przed próbą OS.

6.     Wspinacz z Ceuse lubi krawądki.

7.     Polak lubi przewieszenia.

8.     Wspinacz z środkowego rejonu używa Borealów.

9.     Wspinacz lubiący kaloryfery ma sąsiada, który używa Five-Tena.

10.  Wspinacz lubiący oblaki wspina się OS jak ma powieszone ekspresy.

11. Australijczyk robi OS-y z drugą bezpieczną.

12. Norweg wspina się obok St.Leger.

13. Wspinacz oglądający innych przed OS-ami wspina się obok Ceuse.

14. Wspinacz lubiący piony używa Evolva.

15. Na Frankenjurze używa się La Sportivy.

Zakłada się, że rejony ustawione są w jednej linii (1-2-3-4-5) abstrahując od położenia geograficznego oraz ewentualnych skojarzeń typu Francuz = Ceuse.

Polska – Hiszpania ( 3 : 3 )

Polacy są silniejsi od Hiszpanów. Tak mi się przynajmniej wydawało. Do momentu aż zacząłem się zastanawiać, która nacja jest tak naprawdę potężniejsza wspinaczkowo, Polska czy Hiszpania?
Dla niektórych może się wydać oczywiste, że Hiszpanie są dużo silniejsi. Ja broniłem siły naszego narodu ciągle mówiąc wszystkim, że jesteśmy silniejsi. Jaka jest prawda? Może po prostu jesteśmy różni.
Trochę się nad tym wszystkim zastanowiłem, popytałem ludzi i przeprowadziłem małe badania. Swoje notatki zapisałem i wyszło takie porównanie.

ZAWODY BOULDEROWE.
Tak się złożyło, że startowałem w tym roku w Mistrzostwach Polski oraz w Mistrzostwach Hiszpanii. Jeżeli miałbym porównać zawody pod kątem organizacyjnym, to KFG bije na łeb imprezę jaką zorganizowali sobie Hiszpanie w Barcelonie.
W Krakowie wiedziałem, czego się spodziewać. Znam poziom i musiałem jedynie zobaczyć listę startową, żeby ocenić swoje szanse. Wejście do półfinału nie było jakimś wielkim osiągnięciem. Natomiast o miejsce w finale trzeba było walczyć z pokaźną liczbą dwudziestu bardzo mocnych zawodników.
W Barcelonie kompletnie nie wiedziałem co mnie czeka. Nie znałem poziomu ale patrząc na listę startową już wiedziałem, że jestem w ‘półfinale’. Tak Hiszpanie nazwali rundę eliminacyjną. Chyba po to żeby impreza stała się bardziej medialna. Wejście do wieczornego finału okazało się bardzo łatwym zadaniem. Po pierwsze, lista finalistów składała się z dziesięciu, a nie sześciu osób.  Po drugie w gronie szanownych kolegów spotkałem może trzy osoby , które z bulderingiem mają cokolwiek wspólnego. Nie było mi niestety dane przetestować poziomu finałów. Hiszpańska ‘mañana’ okazała się nie funkcjonować w kręgach zawodniczych i zostałem zdyskwalifikowany za nieznacznie, w pełni tego słowa znaczeniu, spóźnienie do strefy. Zawodów pewnie bym nie wygrał bo chłopaki są mocni (ta trójka) ale szkoda że nie mogłem spróbować.
Odwiedziłem tez inne zawody. Totalnie towarzyską imprezę, o której nie chce mi się pisać.
Generalnie w moim odczuciu ten podpunkt jest zdecydowaną przewagą Polski, za który w moim teście dostaje plusika.

POLSKA  +1

ZAWODY Z LINĄ
Tu się sprawa ma troszkę inaczej. W Polsce zawody z liną to umierająca konkurencja. W Hiszpanii trochę lepiej. Aczkolwiek szału nie ma! Poziom w tej dyscyplinie ciągną dla Hiszpanii zawodnicy z Katalonii i kilku Basków. Mają więc swoje wspinaczkowe sławy, którym bardzo dobrze idzie w Pucharach Świata Seniorów i Juniorów. Nasi? Z liną nie zaskakują. Nawet za bardzo nie próbują.
W tym przypadku Hiszpania musi dostać plusika. Głównie jednak za sprawą Usobiagi i Ramoneta.

HISZPANIA +1

SKAŁY Z LINĄ
Za ‘porównywarkę’ w tej kategorii posłużył mi portal 8a.nu. Dużo danych, w miarę wiarygodne i łatwo dostępne. Zmontowałem zgrabny arkusz w Excelu, CTR+C i CTR+V trochę formułek i dane gotowe. Muszę się pochwalić, że nauczyło mnie tego pięć lat studiowania na Politechnice oraz tworzenia rozliczeń z wyjazdów dla mojego przyjaciela Mechaniora .
Z sumowałem wyniki stu najlepszych wspinaczy z paru krajów i wyszedł mi taki ranking.

Hiszpania 1 059 535
USA 1 044 408
Francja 1 031 469
Polska 997 688
Niemcy 995 146
Szwecja 849 765

 

To było do przewidzenia. Ci co mają dużo wspinaczy i dużo skał są mocniejsi. Zaskoczyło mnie tylko, że wypadamy w rankingu lepiej od Niemców. W końcu to taki duży kraj. Ale może oni nie korzystają tak intensywnie ze szwedzkiego portalu.
Zastanowiło mnie co to za różnica? Bo to, że Hiszpanie mają więcej punktów to widać.
Porównałem tym razem z ciekawości wyniki All-time. Znów stu najlepszych Hiszpanów i Polaków. Różnica punktowa jest bardzo podobna i wynosi  67 388 punktów. Można by pomyśleć, że różnica jest niewielka. Brakuje nam jedynie sześćdziesięciu paru dróg o trudności 8a. Sprawa jest jednak trochę bardziej złożona. Żeby pan X polepszył wynik Polski o 1000 punktów musi się troszkę wysilić.
Załóżmy, że każda z punktujących osób chce poprawić się o 650 punktów aby wspólnie dokopać Hiszpanom. Na przykład moja karta wyników musiałaby się zmienić następująco. (Pomijam fakt, że jestem razem z Rafałem Porębskim na hiszpańskiej liście).

Obecne wyniki punktujące w 8a:

8c+ RP

1250

8c+ RP

1250

8b OS

1245

8C RP

1200

8C RP

1200

8C RP

1200

8C RP

1200

8a+ OS

1195

8a+ OS

1195

8b FLASH

1153

SUMA:      12 088

 

Zakładane wyniki punktujące w 8a:

8b+ OS

1295

8c Flash

1253

8c+ RP

1250

8c+ RP

1250

8b OS

1245

8b OS

1245

8b OS

1245

8c RP

1200

8c RP

1200

8b+ RP

1150

SUMA :     12 333

 

Troszkę jeszcze wody w Wiśle upłynie ale jest to plan bardzo prawdopodobny.  Można wyciągnąć wnioski, że każdy Hiszpan jest od każdego odpowiadającego mu Polaka lepszy o plusika na każdej drodze jaką robi. Z tego powodu Hiszpania mogłaby dostać kolejnego plusa w moim porównaniu. Ale jeszcze się z tym wstrzymam, bo są pewne argumenty broniące i przemawiające na korzyść Polski. Specyfika wspinania jakie mamy w Polsce na pewno negatywnie wpływa na osiągnięcia naszych. Dużo więcej Hiszpanów ma konta na 8a. Polaków jest zarejestrowanych  592, natomiast Hiszpanów prawie dwa razy więcej 924. A już nie mówię o odległości jaka dzieli nas od skał.
Porównując dziesięciu najlpeszych z naszych dwóch krajów nie wypadamy znakomicie. Ale mamy za to aż trzy gwiazdy w pierwszej dziesiątce świata, a hiszpania tylko dwie.

Przeglądając witryny 8a napotkałem też kilka ciekawych opcji. Większość pewnie je zna ale w skrócie napomnę.
Opcją która jest warta uwagi jest na pewno sezonowość przejść. Planując wyjazd wspinaczkowy oprócz patrzenia na bieżącą pogodę, dane pogodowe sprzed lata można także rzucić okiem na 8a i zobaczyć w jakich okresach w danych rejonach ludzie zrobili najwięcej przejść. Skromne wykresy z miesiącami i ilościowym rozkładem pokażą nam w prosty sposób, czy rejon jest zimowy czy bardziej wakacyjny. Oto przykład takiego wykresu.

Kolejną zaletą 8a jest możliwość całkiem trafnego wyszukiwania dróg odpowiadających naszym upodobaniom. Każda droga, która trafia do bazy 8a zostaje zaindeksowana. Ilość punktów jakie są przypisane do dróg to niezbyt skomplikowana suma średniej oceny z gwiazdek jakie przyznają użytkownicy (maksymalnie 3) i iloczyn ilości przejść i współczynnika stylu (maksymalnie 3). Jeżeli 100% przejść to onisight to droga dostaje 3 i tak odpowiednio aż do jedynki jeżeli 100% osób zrobiło ją RP. Można dzięki tym liczbom ocenić czy droga nadaje się na onsight czy jest chodzona, może łatwa albo chociaż przystępna. Trzeba uważać żeby nie stracić ładnego wspinania podążając jedynie za wytycznymi z serwisu. Nowe drogi też bywają bardzo ciekawe.

Ostatnią ciekawą rzeczą jaką wykopałem z regulaminu jest linijka dotycząca punktowania. Może to będzie furtka dla Polaków na nadchodzący  sezon aby dogonić w rankingach Hiszpanów. Jeżeli drogę zrobimy TopRope czyli na wędkę odejmują nam jedynie 50 punktów. Teraz wypadałoby się tylko zastanowić, czy łatwiej jest zrobić 8a+ na wędkę czy poprowadzić 8a?

Nie ma jak naciągnąć wyniku. W tym przypadku Hiszpanie górą dostają dwa punkty, a Polacy na pocieszenie jeden.

HISZPANIA +2  POLSKA +1

PANELOWCY

Spędziłem w Krakowie dużo czasu na panelu. Spędzam go też trochę tutaj  w Walencji. Nie wiem jak jest w innych mniej słonecznych częściach Hiszpanii ale tutaj na panelu ciężko spotkać kogoś silnego. Ciężko też znaleźć prawdziwą ściankę wspinaczkową. Mówi się, że to przez to, że można się cały rok wspinać w skałach. Ale ja jakoś tych ludzi w skałach widuje tylko w weekendy. Może lokalni wspinacze są trochę leniwi. Może mają inne techniki treningowe. Jak takie podejście się przekłada na tak znakomity wynik na 8a.nu? A może to właśnie zawodnicza Katalonia ciągnie tak poziom w górę.
Za tych wszystkich co ładują na panelu i za podejście do treningu, przynajmniej w moich rejonach. Polska dostaje dużego plusa.

POLSKA +1

REZULTAT KOŃCOWY:
HISZPANIA      POLSKA  

Teza z początku wydaje się być w tym przypadku prawidłowa. Jesteśmy krajami wspinaczkowo różnymi. My mamy swoje sile strony, oni swoje. Mimo że większości może wydawać się oczywiste, że Hiszpanie to lepsi wspinacze, ja nie przesądzał bym tego tak łatwo.

Kontrola Umysłu

Wróciliśmy właśnie z cudownego wyjazdu do Oliany. Gdzie mocna polska ekipa obserwując zmagania najlepszych na świecie równie dobrze cisnęła swoją własną cyferkę.

Mi udało się poprowadzić ‘Mind Control’ i parę innych ładnych dróg. Robiliśmy dużo zdjęć i powstał nawet całkiem ładny filmik.

Teraz czas trochę odpocząć i podziałać w Chulilli, gdzie wszystkich serdecznie zapraszam! Może jeszcze przed odpoczynkiem przystawie się do jakiejgoś 8a+, bo na 8a.nu brakuje mi pięciu punktów, zeby przekroczyć 12 000 :-D Każdy w swój sposób szuka motywacji i każdy w swój sposób motywuje się do prowadzenia trudnych dróg. W Olianie dużo się napatrzyłem na innch mocnych wspinaczy i teraz wiem, że nie ma złotego środka. To, że najpierw zakładam prawego buta nie raz pomogło mi porowadzic 8c ale nie koniecznie pomoże to Tobie! ;-)

Oto parę słów o dniu w którym poprowadziłem Minda.

Wspinam się po pierwszej części drogi i zauważam, że robienie ruchów przychodzi mi z dużą łatwością. Skąd nagle pojawiła się taka moc – myślę.  Ostatnie parę dni wspinaczkowych nie było zbyt dobrych. Może to przez to, że w końcu porządnie odpocząłem albo to poziom motywacji dodaje tak dużo sił. Na pierwszych dwudziestu metrach towarzyszyła mi grobowa cisza, mimo, że pod sektorem kręciło się jeszcze przed chwilą około trzydziestu osób. Staję w restcię, aby przewiązać linę i zdjąć bluzę i wszystko staję się jasne. Sharma wspina się po La Dura Dura, a wszyscy licznie zgromadzeni jak gdyby zamarli, obserwując – prawdopodobnie najtrudniejszą drogę na świecie. Jedyny, który krzyczy to Joe Kinder. Dziwne, bo Chrisa dopinguję takimi samymi słowami jak swoją dziewczynę (come on dude!! You are strong man!!) ale to chyba uroki języka angielskiego.  Staram się za bardzo tym nie przejmować. Ruszam dalej na mały pasażyk doprowadzający do punktu zwornikowego od którego zaczynają się prawdziwe trudności Mind Control.  Słyszę jak parę metrów ode mnie Chris wydaję okrzyk, zapewnie robiąc najtrudniejszy ruch na swoim projekcie ale spada, bo następny odgłos to hiszpańskie przekleństwo (koño!!!), zawszę to samo  i na nowo szumy i rozmowy całej reszty wspinaczy. Dobrze, że moja dziewczyna trochę się mną interesuję. Dochodzę, do restu po 24 ruchowej drugiej części drogi i ciągle czuje się dobrze. Trochę ucierpiała skóra i krwawię z prawego ‘fuckera’ spędzam przez to trochę więcej czasu restując starając się wysuszyć ranę. Nic z tego. Idę dalej. Za bardzo nie wiem co dzieje się na dole. Ale czuje się trochę samotny 35metrów nad ziemią, słysząc ciągle jedynie głos mojej dziewczyny, dopingującej mnie z drugiego końca liny. Przechodzę kolejne trudności i jestem całkowicie sam. Wszyscy obserwatorzy historycznych wydarzeń znów powoli cichnął zajmując dobre miejsca do obserwowania kolejnej próby na DuraDura, tym razem inny zawodnik, Adam Ondra,  w trochę lepszej formie przygotowuję się do swojej próby. Prawię pewien, że tym razem nie spadnie z ostatniego trudnego ruchu po którym pozostaję już tylko 25metrowe 8b, bardzo mało chodzone – Adam powiedział, że tam już nie spadnie, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że jedna z krawądek, które trzeba dość mocno trzymać może się urwać. Cóż to byłaby za szkoda. Piąty wizyta w Olianie i spaść po trudnościach. Patrząc na Adama nie wydaję się jednak aby dopuszczał taką możliwość. Ja tymczasem jestem już za kolejnym ‘kruksem’. Wpinam się do ostatniej wpinki, czując lekki zpas restuję na chwytach na których myślałem, że zresetować się nie da i ruszam na walkę z wiecznie mokrym kaloryferem. Dwanaście ruchów i chwytam się topowej klamy, po drodzę łapiąc dwóch mokrych chwytów. Zjeżdżam na dół zadowolony z osiągnięcia, a tam wszyscy patrzą już jak Adam wiąże swoje nowiutkie Miury robione specjalnie pod jego stopę, lekko utwardzone i bardziej wygięte. Nikt z nim nie rozmawia. Widać jak kumuluje energię i skupia się nad prowadzeniem. Wszystkie szczegóły dogrywa do perfekcji. W nowych butach nie wspina mu się najlepiej ale w reście po zrobieniu dwóch 10metrowych boulderów  7c+ i 8a+ może dzięki nim stanąć na mikro stopniu, zhaczyć kolano i odpuścić ręce na trzy sekundy. Mówi, że mu to bardzo pomaga. Ja jestem już na dolę. Też znalazłem kamień z którego mam dobry widok. Zaczynam jeść kanapkę, która nie za dobrze mi wchodzi, bo ciągle patrzę w górę. Grobowa cisza, może nie wypada jeść kanapki w takim momencie. Najtrudniejsza droga na świecie jest właśnie bliska powtórzenia. Adam rusza z restu. Do tego momentu podobno mogłoby być łatwe 9b. Teraz już tylko 8c+, które zaczyna się kosmicznym skokiem do słabego chwytu, a kończy bardzo trudnymi długimi ruchami po ściskach. Ciężko już odpoczywać, wcześniej odpocząć się nie dało, a następny rest dopiero przed wejściem w końcowe 8b. Dlatego najlepiej brnąć do przodu. Ruch po ruchu młody Czech jest coraz wyżej. Patrzę kontem oka na Sharmę, który siedzi parę metrów dalej. Kiwa powoli głową, zapewne trochę podziwiając swojego następcę, któremu idzie znacznie lepiej, na pewno również zazdroszcząc. Da się zauważyć, że chłopaki ostro między sobą konkurują. Widać także jaki całkowicie inny mają styl; życia, bycia, wspinania i podejścia do La Dura Dura. Ondra całkowicie skupiony, dopracowujący szczegóły, powtarzający ruchy przed wstawką, dbający o oddech, jedzący w skałach BIOpowerbary i pijący z rana zieloną herbatę z miodem walczy z Chrisem, który jeszcze parę sekund przed wstawką rozmawia ze znajomymi, uśmiecha się i pokazuję swoje nowe buty, bierze dwa głębokie oddechy i uderza. Nogi wypadają mu dwa razy częściej, krzyczy tak samo dużo, wygląda na ścianie znacznie lepiej i wydaje się mocniejszy. Spadając wymawia jedno krótkie przekleństwo po hiszpańsku  i po chwili jest już pod ścianą, kręci się tam i z powrotem, ładuje energią ze słońca, dużo gada i ciągle się uśmiecha. Jak nie dzisiaj to jutro mówi, tłumaczy, że jest trochę zmęczony i wraca do domu, gdzie na pweno czeko na niego schłodzonę w lodówce piwko.
Emocje pod sektorem są bardzo wysokie. Wszyscy są tak blisko bycia świadkami tak ważnego zdarzenia. Jeszcze jeden utrzymany chwyt i najtrudniejsza droga na świecie doczeka się pierwszego przejścia. Adam sapie, stęka, krzyczy, wreszcie wrzeszczy wykonując długi ruch do mikro ścisku i niestety spada. Tym którym wydawało się, że głośniej już być się nie da Adam dostarcza jeszcze dodatkowych decybeli kręcąc się wokół liny i przeklinając w swoim ojczystym języku. Niesamowite emocje i wszystko na żywo. Każdy zgromadzony zapamięta ten dzień, kiedy dwie super gwiazdy wspinania sportowego, razem wstawiały się w drogę, której wycena może znów potrząsnąć publiką. Ja przełykam ostatni gryz mojej pysznej kanapki wstaję z kamienia  i spotykam znajomą mi osobę. Znajomą jak się okazało tylko z mediów Daile Ojede, która podaje mi rękę i gratuluję przejścia. Dodatkowy miły akcent tego jakże emocjonującego dnia.

Link do filmu z Oliany - Paper Mullat 8b+, Oliana

Więcej zdjęć na blogu GiGi-ego – http://teamclimbouse.over-blog.com

NinGal

fot. Gwidona - Chulilla

Droge tą zaczeliśmyh próbować wspólnie z Mechaniorem w lutym ubiegłego roku. Nie mieliśmy wtedy zbyt wiele czasu, a ja na pewno nie miałem na tyle mocy i oprócz zapoznania się z przebiegiem trasy nie udało się nam zbyt wiele po niej po wspinać. Już w lutym wiedziałem, że wrócę do Chulilli i że tak łatwo jej nie odpuszczę.

Tak się też stało. Przeprowadziliśmy się wraz z moją dziewczyną do Walencji i Ningal znów była bardzo blisko. Przez pierwsze dwa miesiące często przechodziłem obok i za każdym razem zastanawiałem się czy to już pora. Doszedłem do wniosku, że lepiej nie katować się na jednej trasie zbyt długo i zdecydowałem zrobić formę na innych trochę łatwiejszych drogach. Dokładając do tego trening na ściance i przerwę na zawody w Krakowie, które zdecydowanie dodały mi bulderowej mocy potrzebnej na NinGal.

Jak już poczułem moc, rozwiesiłem ekspresy i po paru dniach wpiąłem się do łańcucha. Nawet nie tak bardzo zmęczony.
Sama droga to jakieś 30 metrów wspinania. Wejściowy boulder potem z 10 metrów siłowych długich ruchów prowadzący pod daszek, w którym zaczyna się boulder właściwy, trudny ruch z obłego podchwytu na dead pointcie, delikatny rest, niby wygodny ale nie do końca i 15 metrów wspinania po krawądkach bez większych możliwości odpoczynku, a na końcu jeszcze sklejenie dwóch oblaków z wysoko wstawioną prawą nogą, omijamy wpinkę i już do łańcucha raczej nie spadamy (ja spadłem 3 razy).

Jeśli chodzi o wycenę to nie jest potwierdzona. Autor drogi Nacho Aznar jest trochę zagubiony w wycenianiu dróg. Wspina się głównie w Chulilli, jest okrutnie mocny, obija wiele dróg i rzadko je powtarza. Cieszył się niezmiernie już jak widział, że próbuję jego najtrudniejszy projekt w Chulilli, a jak zobaczył, że ją zrobiłem to wziął wiertarkę i poszedł szukać kolejnej drogi w tym stopniu. Muszę jeszcze zrobić parę trudnych dróg aby móc je porównywać. Jednego jestem pewien, że jest to więcej niż 8c!
W Chulilla jest jeszcze parę trudnych propozycji. Niebawem będzie można kupić przewodnik, w którym wszystko będzie ładnie opisane. Ja mam plan zrobienia wszystkich!
Co więcej chłopaki w Chulilli obijają prawie codziennie. Jest dużo ścian na których mogą powstać ciekawe linie. Ja teraz jadę sprawdzić co słychać w Katalonii i zobaczyć czy 8c+ tam to, to samo co tu w Walencji. Ale jak wrócę też zabiorę się za jakąś eksploatacje. Może odnajdę pierwsze 9a w Chulilla.

SURF or CLIMB

Trafiłem mniej lub bardziej przypadkiem na stronę internetową Patxiego Usobiagi i znalazłem ciekawą notkę.
ENTRENA CON PATXI USOBIAGA – trenuj z Patxim Usobiagą.
Zaciekawiło mnie co słychać u wielkiego mistrza i jak sobie obecnie radzi. Szukając dalej znalazłem wywiad z września tego roku na stronach Desnivel w którym Patxi opowiada o swoim obecnym życiu. Życiu jak się okazuje nie koniecznie związanym tylko ze wspinaniem. Szkoląc przy okazji mój hiszpański przetłumaczyłem ten wywiad. Jakość tłumaczenia nie najlepsza, ale na pewno oddaje znaczenie słów.
Zaraz potem zaciekawiony wróciłem na jego stronę internetową. I tam znalazłem jeszcze jeden ciekawy tekst, który również prezentuje.
Co do samego Patxiego. Sam nie wiem co mam o nim myśleć. Wydaje mi się trochę zafiksowany na punkcie bycia najlepszym.. czekam tylko aż będzie super znanym surferem.

WYWIAD Z PATXIM USOBIAGĄ (www.desnivel.es)

Nigdy nie dzieliłem się sekretami mojego treningu
Po paru latach całkowitej separacji od wspinania i zawodów, Patxi Usobiaga powraca aby nauczać tego czego nauczyło go życie wspinacza i lata wspinaczki na najwyższym poziomie.

Patxi Usobiaga (Eibar, 1980). Zdobywca pucharu Świata w roku 2006, 2007. Mistrz świata z 2009. Najlepszy baskijski sportowiec 2006 roku. Przeszedł również do historii jako pierwszy wspinacz pokonujący 8c+ OS (Bizi euskarze, 2007). Ze względu na poważną kontuzję, oraz inne powody, pożegnał się w 2010 roku ze wspinaczką.

Teraz powraca, aczkolwiek z innym nastawieniem. Chcę przekazać, to czego nauczył się podczas swojego życia w skałach, reżimu treningowego, triumfów i porażek. 

Patxi, jak znosisz twoją wspinaczkową emeryturę?
Dobrze to znoszę. Prawdą jest, że jeszcze parę lat temu nie mogłem sobie wyobrazić mojego życia bez wspinaczki, treningu i tym podobnym. Teraz wiem, że można żyć bez tego uzależnienia, tak samo ciekawie albo nawet bardziej.

Nie odciąłeś się całkowicie od momentu zrezygnowania z zawodów?
Wspinałem się kilka razy od tamtego czasu. Prawda, że nie wiele. Ale tak wspinam się. Szczególnie ostatnio ze znajomymi którzy nigdy wcześniej tego nie robili. Prawdą jest, że dawno nie byłem się naprawdę wspinać ani nie próbowałem niczego trudnego. Za wyjątkiem jednego dnia w styczniu. Pojechałem do Araotz i po sześciu miesiącach bez wspinania powtórzyłem Hiena (8a). Niestety tak jak wcześniej – moja szyja cierpiała.

Czy w jakikolwiek sposób nie czujesz się ‘pusty’ pozostawiając za sobą coś czemu poświęciłeś większą część swojego życia?
Nie! Miałem szczęście, że zacząłem surfować i automatycznie moja energia skoncentrowała się w tym kierunku. Tak samo jak kiedyś ze wspinaczką, nie ważne jaki poziom, ważna jest pasja i motywacja w tym co robimy. Więc nie dopadł mnie kryzys, po tym jaką pustkę może wytworzyć pozostawienie czegoś co robiło się przez tyle lat.

Czy oprócz kontuzji były jakieś inne okoliczności, które miały wpływ na twoją decyzję o opuszczeniu wspinania?
Głównym powodem był uraz. Na pewno kończyła mi się powoli motywacja do startowania w zawodach ale nie do wspinaczki, nie do próbowania trudnych dróg, których nie mogłem robić, bo brakowało mi czasu. Nie wiem ile mógłbym jeszcze wspinać się na zawodach, może rok dwa lata więcej. Prawdą jest, że mnie samego zaskoczyła ta decyzja. W okresie, którym miałem problemy aby odzyskać zdrowie i formę aby móc dalej trenować uświadomiłem sobie, że nie było to jedyna rzeczą w życiu, że ta energia marnowana w sytuacji bez wyjścia mogłaby być lepiej użyta do stworzenia nowej ścieżki, dla mnie nowego życia. Zdałem sobie sprawę, że ta faza mojego życia jako zawodowego wspinacza właśnie się skończyła Nie jest mi już tak smutno, moje całe życie BYŁO poświęcone wspinaczce.

Jakie jest świat surferów? W jakiś sposób podobny do wspinaczkowego?
Surfowanie i wspinaczka mają dużo wspólnego jako sporty. Praktykujemy je w naturze, dużo zależy do warunków, jeżeli są dobre to bawisz się dużo lepiej. Jest to bardzo trudny sport technicznie. Musisz mieć odpowiednie przygotowanie fizyczne. Jedynym problemem albo różnicą jest to, że surfing jest bardzo miejski ze wszystkim co ze sobą niesie. Stał się bardzo modny, plaże i miejscówki są bardzo masowe, włączając mnie w te masy. Świadomość wielu surferów jest różna od wspinaczy, przeciwko naturze stoi chęć bycia miejskim.  Chociaż prawdą jest, że wielu wspinaczy nowej generacji nie szanuje niczego. Może dlatego, że te sporty stają się modne bez jakiejkolwiek kontroli.

Teraz powracasz do wspinaczki jako trener. Dlaczego?
To jest projekt o którym myślę już od dawna. W ostatnich latach otrzymałem dużo propozycji trenowania ludzi ale nie miałem wystarczająco dużo czasu. Ale teraz nastał moment w którym chcę podzielić się tym czego się nauczyłem. Nigdy nie podzieliłem się sekretem moich treningów tak jak to robią inni trenerzy.

Który trener najbardziej pomógł podczas Twojej kariery?
Myślę, że Jon Iriberri między 2003 a 2005 był tym który pokazał mi prawie wszystko co teraz wiem. Ponieważ od 2006 do 2010 byłem samowystarczalny, opierając się na fundamentach Jona i poprawiając jakość treningów z roku na rok.

Jak chcesz śledzić poczynania ludzi, którzy będą żyli z dala od twojego domu?
Po doświadczeniach z Jonem, który nigdy nie bywał na moich treningach moja propozycja jako trenera będzie opierała się na planowaniu personalnego treningu jakiegokolwiek wspinacza. Tak samo jak z Jonem będę komunikował się przez telefon i email. W ten sposób będę mógł trenować wspinaczy z całego świata bez potrzeby przemieszczania się w jakiekolwiek miejsca, ze swojej własnej ścianki wspinaczkowej. Wiem, że to trudne przez fakt braku kontaktu fizycznego. Ale w ten sposób, bez trenera stojącego nad tobą cały dzień uzyskasz zarówno lepszą kontrolę jak i sposób postrzegania, którego w żaden inny sposób nie mógłbyś uzyskać.

Jakie jest Twoje podejście lub filozofia treningów, które chcesz przekazać?
Metoda której będę używał będzie bazowała na tej, której sam używałem. Zawsze bardzo zindywidualizowana, zależna od poziomu, dostępności i celów. W jakiś sposób chcę nauczać metodą skuteczną, zdyscyplinowaną i zabawną.

Dla kogo będą skierowane treningi?
Będą skierowane do wszystkich typów wspinaczy i każdego poziomu, bardzo różnorodnie. Dla wszystkich, którzy będą chcieli się rozwijać i uzyskać więcej z każdej sesji treningowej, którą przeprowadzają.

Jak odnajduje się wspinaczka na tle innych sportów z większą tradycją zawodniczą?
Można powiedzieć, że przez ostatnie dziesięć lat trening wspinaczkowy przeradza się w coś normalnego. Wielu wspinaczy już stosuję planowanie i nie jest to nic dziwnego. Dlatego też ogólny poziom wspinaczkowy tak bardzo się podniósł.

Będziesz pracował także nad sprawami psychicznymi czy tylko fizycznymi?
Poza tym co jest zagadnieniem fizycznym spróbuje naprowadzać w temacie żywienia i aspektach psychologicznych. Dla mnie są kluczowymi aspektami we wszystkich sportach, szczególnie da osiągania maksymalnych wyników i zbierania owoców treningu.

Na zakończenie zdradzisz nam sekret?
Nie ma żadnej tajemnicy! Sztuczka polega na ufaniu samemu sobie, ufaniu w to co się robi, dużej ilości dyscypliny i entuzjazmu do wspinaczki.

 

OŚWIADCZENIE O ZAKOŃCZENIU KARIERY  -  (www.patxiusobiaga.com)

Gracias a todos – dziękuje wszystkim

WRZESIEŃ 19, 2011

Nastał czas w którym muszę zakomunikować moje wycofanie się z zawodów. Od pewnego czasu borykam się z myślami odnośnie tego tematu, za i przeciw i wreszcie mogę powiedzieć, jest to dla mnie jasne, że to się skończyło.

Wszystkie te lata przeżywałem to, czułem, cierpiałem – było to niesamowite. Nie mam słów aby wyrazić to co mnie spotkało ale było to coś specjalnego.

Tak naprawdę jestem bardzo zadowolony z decyzji jaką podjąłem. Nie była to najprostsza decyzja do podjęcia ale łatwiejsza niż się wydaje, ponieważ życie jakie mnie jeszcze czeka jest niesamowite, pełne projektów i planów. Właśnie to sprawiło, że wszystko poszło łatwiej.

Na pewno kontuzje z minionych lata spowodowały, że ten moment nadszedł wcześniej. Wiedziałem, że nie pozostało mi już wiele, że motywacja nie była już taka sama, ale nie myślałem, że będzie to 2011 rok. Jestem bardzo zadowolony, żyjąc w inny sposób, bez presji, odprężony, robiąc co lubię i kiedy chcę, bez potrzeby bycia zależnym do zegarka ani żadnego planu, nawet takiego który byłby perfekcyjny…  że mogę żyć w ten sposób, świat się nie skończył, jest tylko troszkę inny.

Ale tak, nie mogę do tego nie wracać w myślach, nowe projekty, nowe obawy, zawsze połączony z pionem. Ale teraz przepuklina dysku uniemożliwia mi wspinanie na granicach moich możliwości.

Prawda jest taka, że świadomie lub nie musiałem znaleźć drogę ucieczki, wszyscy tak robimy. Teraz jeżeli nie dedykował bym mojej całej energii na surfowanie ciągle bym się wspinał, tak jak to robiłem do Sierpnia. Z dyskiem się nie polepszało i każdy dzień był momentem do przemyśleń. Kiedy się wspinam, chce się wspinać, chcę być coraz lepszy, chcę osiągać moje maksimum i to jest teraz niemożliwe. Było to dla mnie wielka torturą. Wtedy przeżywałem bardzo złe momenty. Tak samo jak gdy zakończyły się mistrzostwa świata, byłem tam, obserwując to, ciesząc się z trybun aż wszystko się skończy i byłem przekonany, że to co zakończyłem było nie tylko mistrzostwem świata ale także etapem mojego życia, 17 lat startowania w zawodach, skoncentrowanym aby dać z siebie wszystko, ewolucja, progres, życie pełne szczęścia, rozczarowań i zmagań.

Odwróciłem się więc aby realizować to co w obecnej chwili wypełnia moją motywację i co mnie napełnia radością i chęcią do wstawania każdego dnia.

I mimo, że od dwóch miesięcy nie włożyłem moich Miur i nie magnezjowałem rąk, ciągle czuje się wspinaczem, z motywacją do wspinania i bycia coraz lepszym. To się nigdy nie kończy.

Nigdy się nie poddawaj.

PS: Nie chcę zakończyć tego listu bez podziękowań dla wszystkich, absolutnie wszystkich, którzy sprawili, że dotarłem do tego momentu ułatwiając moje wycofanie.

Eskerrikasko danoi bihotz bihotzez.

Serdecznie dziękuje wszystkim.


DODATKOWO OFERTA PATXIego !! Może ktoś będzie zainteresowany?
TRENUJ Z PATXIm USOBIAGA (www.patxiusobiaga.com)
Sierpień 26, 2012

ZAPLANUJ SWÓJ TRENING Z PATXIm USOBIAGĄ I ZREALIZUJ SWOJE CELE

Chcesz trenować to co trzeba i osiągnąć maksimum? Chcesz podnieść swój poziom? Chcesz poprowadzić drogę, która cię nie puszcza? Jesteś uzależniony od treningu i chcesz to robić lepiej? Masz mało czasu i chcesz żeby twój trening był wydajny i skuteczny?

 

Masz teraz taką możliwość. Możesz oddać się w ręce podwójnego zdobywcy pucharu świata, mistrza świata i tego pod którego bacznymi oczami wielu wspinaczy osiągnęło swoje cele.

Oferta:
-Planowanie treningu dla każdego
-Naucz się trenować
-Porady żywieniowe
-Wizualizacja treningu
-Trening mentalny
-Trening na ściance, campusie, chwytotablicy i siłowni.
-Test wytrzymałości i siły dla porównania wyników.

Możesz to mieć teraz!

Skontaktuj się ze mną aby uzyskać więcej informacji patxi@patxiusobiaga.com

P.S. Wiem, że mógłbym popracować trochę nad tłumaczeniem ale muszę iść na trening..  ;)

 

Śródziemnomorskie mewy

Zimowe wyjazdy stały się w ostatnich latach bardzo popularne. Nie znam wspinającej się osoby, która choć raz nie była w ciepłych krajach albo przynajmniej intensywnie nie myśli o takim rodzaju spędzenia zimowego urlopu. Potrzeba dużo samozaparcia, żeby przez cały okres nie wspinaczkowej polskiej pogody tylko trenować na ściance i nie popaść w delikatną wspinaczkową depresję.

Na szczęście w dobie tanich linii lotniczych polscy wspinacze dużo podróżują. Są także na czele jeśli chodzi o liczebność wspinaczkowej populacji w ‚westowych’ skałach. Takie wyjazdy to same przyjemności. Słońce, ciepło, śródziemnomorskie klimaty, a przede wszystkim ‘morze’ hiszpańskiego wapienia. Właśnie o takim połączeniu chciałem wspomnieć. Słońce, skała, woda i śródziemnomorskie mewy…

Parę dni temu przeżyłem jeden z najlepszych dni ‘restowych’ w moim życiu. Każdemu kto planuję odwiedzenie Białego Wybrzeża szczerzę polecam. Można to potraktować jako atrakcję dnia odpoczynkowego albo po prostu wybrać się tu na prawdziwą wspinaczkową przygodę.

Miejsce nazywa się Peñón de Ifach i znajduję się w mieście Calpe na hiszpańskim wybrzeżu w okolicach Alicante.  Nie będę opisywał moich przeżyć ale chętnie wspomnę o paru ciekawostkach związanych ze wspinaczką i logistyką.

Przyjemność tą warto zacząć w alpejskim stylu. Skałka jest dość popularna dlatego dobrze być tu jako jeden z pierwszych zespołów. Na szczęście w zimie słońce nie wstaje za wcześnie i zdążymy spokojnie zjeść śniadanie, a nawet napić się kawy w jednym z licznych barów w mieście. Parking na którym zostawia się auto jest też dobrym miejscem na spędzenie nocy jeżeli ktoś będzie miał taką potrzebę.

Gdy słońce wreszcie wstanie znad lądu ujrzymy wielką masę skały. Wzniesienie jest otoczone wodą z trzech stron świata. Tworząc wyrastający prosto z morza na wysokość 330 metrów półwysep. Już można sobie wyobrazić jakie widoki oferuję nam takie połączenie. Wspinaczkę zaczynamy prawie z poziomu zero. Skała to mocno skorodowany i zróżnicowany wapień. Widać, że miejscami bardzo sypki i niebezpieczny. Drogi w większości przebiegają bardziej litym terenem. Ciekawe jest to, że w miarę z pokonywanymi wyciągami ciągle napotyka się na coś nowego. Są rysy, oblaki, skała bardziej wytarta i mniej, krawądki i kaloryfery. Razem z całą tą wspinaczką idzie to co dzieje się za naszymi plecami. A tam po horyzont woda. W zależności od pogody albo spokojna albo wzburzona falami. W oddali widać małe wysepki, a trochę bliżej kolejny półwysep pokryty małymi białymi domkami. Dopiero jak zdobędziemy szczyt dobrze widać całe okoliczne miasto Calpe, wraz z plażą i pobliskimi górami. Urbanizacja trochę psuję klimat, ale ciężko na świecie znaleźć takie miejsca i jeszcze w dodatku bez ludzi w około.

Peñón de Ifach to w dużej mierze wspinanie na własnej asekuracji. Mało kto lata do Hiszpanii z całym sprzętem. Jednak nie ma się czym przejmować. Dla tych którzy chcą zdobyć wzniesienie jedynie z kompletem ekspresów i pojedyńczą liną też jest kilka propozycji. Są też drogi częściowo obite i takie które w całości zostały przeznaczone do wspinaczki klasycznej. Największym plusem jest możliwość łatwego zejścia ze szczytu bardzo przyjemną ścieżką. Zajmuję to około godziny.

Ludzie wspinają się tu cały rok. Jako, że jest to półwysep można dostosować się do panujących warunków. Późną jesienią, zimą i wczesną wiosną polecam wspinaczkę na południowej ścianie, która i tak prezentuje się znacznie lepiej niż północna. Na ścianie, jako, że jest w bliskim sąsiedztwie morza czasem mocno wieje, co nawet w pełnym słońcu potrafi mocno wyziębić. Trzeba być więc przygotowanym na wiatr.

Na Peñón de Ifach każdy znajdzie coś dla siebie. Drogi rozpoczynają się od trudności IV+ (np. bardzo popularna droga Valencianos), kończąc na 7a (El Navegante). Są też drogi hakowe o wycenach A5. Trzeba uważać na przebieg wybranej przez nas drogi, aby się nie zgubić w skalę i nie skręcić na inna pobliską trasę. Skała ciągle nie posiada dobrego topo. Warto przeczytać opisy dostępne w Internecie lub porozmawiać z kimś kto parę razy już tam się wspinał.

Ludzie przestrzegają również przed mewami. Jest ich tam naprawdę dużo. Podobno czasem, czując, że zakłócamy ich spokój i naruszamy ich terytorium atakują. Ja dobrze dogadywałem się z napotkanymi osobnikami tego gatunku i nic złego mi się nie przytrafiło. Obserwując jednak okolicę, a szczególnie ścieżkę powrotną uważałem bardzo żeby jedna z przelatujących mew nie narobiła mi na głowę. Według mnie dodają one wiele uroku do wspinaczki i nadmorskiego klimatu, a szczególnie do uroku ścieżki powrotnej. Skała od strony ścieżki jest mniej stroma. Jest tam wiele roślinności i czujemy się trochę jak w tropikach.
Schodząc ze szczytu po naszej wspinaczce zostawiłem z tyłu moich towarzyszy. Stanąłem więc w pewnym momencie aby na nich zaczekać. Przysłuchiwałem się odgłosom natury i podziwiałem piękną okolicę. W rumorze skrzeków niezliczonej ilości mew, których po tej stronie jest jeszcze więcej, wydawało mi się, że słyszę nawoływanie o pomoc. Na szczęście była to tylko moja wyobraźnia i niebawem znajomi cali i zdrowi wyszli z za zakrętu.

Peñón de Ifach jest to bardzo znaną skałą wśród hiszpańskich wspinaczy. Trudno żeby nie był. Ciekawą imprezą, która odbywa się tu cyklicznie jest Liga de Rallyes. Wspinaczkowe drużyny z całego kraju spotykają się aby dobrze się bawić i rywalizować w dwunasto godzinnych zawodach. Wygrywa ten który zrobi więcej dróg, trudniejszych i bardziej klasycznych. Wszystko pod okiem sędziów i licznej ekipy wspierającej z latającym w kółko helikopterem na czele.

Zachęcam wszystkich do odwiedzenia tego miejsca!

Jeżeli szukacie kogoś , kto mógłby Was tam zabrać skontaktujcie się ze mną osobiście.

Żeby ułatwić jeszcze bardziej logistykę podsyłam parę linków.
Strona z dużą ilością przydatnych informacji:
http://www.en.enlavertical.com/escuelas/view/10
Duże ‘topo’ ściany:
http://escalnyada.wordpress.com/clasic/calpe/#
http://www.clubalpigandia.com/wp-content/uploads/2009/09/panora1.jpg

Blog Ekonomiczny

W mieście mówi się, że pogoda specjalnie płata nam figle. Jak to możliwe, że w prawie każdy weekend pada deszcz. Przecież mieszkam w Hiszpanii. Na słonecznym wybrzeżu. Walencja, kraj soczystych pomarańczy, słońca i jeszcze paru innych ciekawych rzeczy. Jest niedziela, a ja nawet nie mogę wyskoczyć na zastępczy trening na ściankę wspinaczkową, bo takowe akurat w weekendy z wiadomych przyczyn są zamknięte.
Zasiadłem więc do komputera. Leniwie przeglądając gorące nowości moich znajomych na Fecebooku. Gdzieś kątem oka mignęły mi polskie newsy wspinaczkowe i przypomniałem sobie, że nie tak dawno zaproponowano mi miejsce w kolumnie blogowiczów na stronie wspinanie.pl. Jakiś ciekawy pierwszy wpis do mojego bloga to idealna rozrywka na przetrwanie deszczowej niedzieli.
Niby łatwe zadanie. Od razu parę pomysłów wpadło mi  do głowy. Jak zacząć, o czym wspomnieć. Przecież tyle ciekawych miejsc zdążyłem odwiedzić i tyle ładnych dróg poprowadzić. Otworzyłem więc nowy dokument i zacząłem pisać. Już po pierwszym zdaniu coś przestało grać i spadła mi motywacja do dalszego działania. Uświadomiłem sobie, że to wcale nie takie hop-siup. Ostatnio dużo nie pracuję i muszę przyznać, że zrobiłem się trochę leniwy. Moje lenistwo z góry przewidziało, że pisanie bloga to wcale nie przyjemność, to praca! Skłoniło mnie to do paru przemyśleń i rozpoczęcia tej pracy na nowo, trochę inaczej. Z zamysłem. Zadałem sobie więc pytanie o czym ja tak naprawdę chcę tu pisać. Moje pierwsze napisane zdanie było jak wpis do pamiętnika, a ja przecież nie zamierzam na tej stronie opowiadać historii z mojego życia. Wydaje mi się, że szczegółowe opisywanie wyjazdów i przejść też nie jest zbyt ciekawe. Ja sam jak widzę jakąś relację skalną to bardzo często wybiórczo przeglądam, oglądam zdjęcia i zjeżdżam suwakiem na sam dół, żeby zobaczyć interesujące cyferki. Nie chcę się też tylko chwalić moimi osiągnięciami. Ciekawie by było tak pisać, żeby wpis o smaku hiszpańskiego wina był równie poczytalny, bo ciekawszy to na pewno, jak wpis o tym, że zrobiłem kolejne 8c. Ale media rządzą się swoimi prawami. I jak się jest pierwszym i najlepszym, to ludzie dopiero cię zauważają. Jakiegoś wielkiego pisarskiego talentu też nie mam. Po pradziadku odziedziczyłem chyba tylko nazwisko. Wspinaczkowe felietony pozostawię więc wspinaczkowym geniuszom. Jest więc w ogóle sens cokolwiek pisać? Spróbuje, a jak nie zadziała to ładnie podziękuje.
Myślę, że ‘ekonomiczny’ to dobra nazwa dla mojego bloga.
Pasuję bo nie będę się nadto rozpisywał, a pisał będę też z ekonomicznych względów.

Cyferki dla tych zainteresowanych:

8c                    Pintoreta                                 Sella / Wild Side
8c                    Malsoñando                            Gandía / Bovedón
8b+/c              Darwin Dixit                             Margalef / Laboratori
8b+/c              Pintosis                                   Sella / Wild side

8a+      OS       Devora cordes                       Margalef / Laboratori
8a        OS       Telemaster                             Margalef / Espadelles
8a        OS       Gravity Globe                          Margalef / Espadelles
8a        OS       Entre dos caminos                 Chulilla / Pared de enfrente
8a        OS       El Ramallar                            Chulilla / Pared De Enfrente
7c+      OS       Malasombra                           Margalef / Espadelles
7c+      OS       Maligna                                   Margalef / Espadelles
7c+      OS       Rin ran                                    Chulilla / Pared de enfrente
7c+      OS       Todo un clasico                      Chulilla / Cañaveral
7c        OS       no name                                 Margalef / Cingles del Moli
7c        OS       Gran dinosaurio blanco          Chulilla / Cañaveral
7c        OS       no name                                 Chulilla / Tio José
7c        OS       Perpetum mobile                    Gandía / Bovedón
7c        OS       Reality show                           Chulilla / Tio josé